Karczma słupska
22.05.2009
, aktualizacja: 23.11.2010 15:01
ul. Gagarina 2
Jeśli recenzent kulinarny ma coś do zrobienia w ten czas narodowych swarów wokół 20. rocznicy upadku systemu komunistycznego, to poprowadzić czytelników na wycieczkę do miejsca, w którym zakonserwowała się gastronomia w stylu ancien regime'u. Niczym zbuntowane Naddniestrze, gdzie przetrwał klimat schyłkowego Związku Radzieckiego, działa sobie oto w Warszawie restauracja niepomna na żadne kulinarne mody, ostentacyjnie odwrócona tyłem do współczesności, skwapliwie zajęta wyłącznie odkurzaniem i cerowaniem klamotów z dawnych lat. Zwie się Karczma Słupska. Ostatni raz byłem tu równo 10 lat temu i już wtedy nawoływałem, by otoczyć ją opieką konserwatorską. Nie wiem, czy załatwiono to formalnie, ale faktycznie tak się stało. Karczma Słupska przypomina zatopioną w bursztynie muszkę, dzięki której paleontolodzy badają życie sprzed milionów lat. W tym wypadku minęły niby tylko dwie dekady, ale wrażenia z wyprawy w niedaleką przeszłość są równie wstrząsające, jakbyśmy wybrali się w mezozoik.
Już przy samym wejściu dopada nas zapach obiadziny połączony z odorkiem lekkiego zmurszenia. Po prawej stronie natrafiamy na relikty szatni. Niegdyś urzędowała tu centralna postać każdego lokalu tamtej epoki - szatniarz pełniący również funkcję wykidajły. To on był panem głodu i pragnienia, to on decydował, czy klient uzyskiwał przywilej wstąpienia do sali konsumenckiej. Na ladzie szatni dostrzec można charakterystyczną gablotkę, której funkcja może być już nieczytelna dla młodszych gości. Eksponowano w niej papierosy, bo sprzedaż ich należała do świętych przywilejów szatniarza. Podobnie jak nielegalny obrót walutą zagraniczną oraz pośrednictwo w rozrywkach bardziej wyrafinowanych niż sznycel po parysku.
Gdy wkraczamy do sali głównej, zapach obiadziny nasila się, za to naszym oczom ukazują się cuda niebywałe i dawno niewidziane. Całą lewą stronę zajmuje ogromny i mroczny bar w formie wozu drabiniastego z hokerami skonstruowanymi ze starych chomąt, przy których bledną pomysły dzisiejszych designerów. Na środku spracowany taneczny parkiet w jodełkę oświetlony lampami naftowymi z wmontowanymi kolorowymi żarówkami. Pod sufitem obowiązkowo lustrzana, dancingowa kula. Po prawej, wzdłuż okien, rząd drewnianych lóż, z których w każdej mieści się stolik na cztery osoby. Ściany i meble pokryto malowidłami z ornamentami znanymi z kaszubskich haftów, zaś na niskim parapecie wiją się pędy zdziczałych roślin doniczkowych. Istny Gastronomic Park.
Gdy ochłoniemy już z zachwytu, zaglądamy do menu. Tylko ostrożnie! Spomiędzy kart jadłospisu nie wynurzy się pewnie T-rex, ale już co do innych, drobniejszych prehistorycznych jaszczurów nie byłbym taki pewien. Omijajcie zatem oładki słupskie (28 zł), czyli trzy ułożone na sobie placki ziemniaczane przełożone skwarkami z cebulką i skąpane w czerwonawym sosie o konsystencji tężejącego gipsu. W kategorii dawno wymarłych organizmów sytuuje się też wodnisty chłodnik (12 zł) oraz śledź po japońsku (13 zł), który bez pokrojonego w kostkę świeżego jabłka nie ma w ogóle sensu. Rozczarowuje polewka orzechowa (12 zł) - brunatna lura z małymi pulpecikami mięsnymi i kawałkami orzechów włoskich. Twarda i łykowata jest pieczeń staropolska (41 zł) w suszonych śliwkach, zaś towarzyszące jej smażone w głębokim tłuszczu pampuszki mogły usatysfakcjonować w tym zestawieniu tylko najbardziej radykalnych zwolenników trójglicerydów i cholesterolu typu LDL. I jeszcze na deser przerażająca gruszka pokryta kopą bitej śmietany ze spreju, która w ostatnich latach PRL-u uchodziła za dewizowy luksus. Pośród koszmarów archaicznej gastronomii znajdziemy jednak zjawiska wyjątkowo smaczne: kaczka pieczona z jabłkami (48 zł), potężna gicz cielęca oraz sandacz po polsku z wody (35 zł). Chciałem jeszcze spróbować polecanego przez kelnerkę pstrąga saute, ale po dłuższej chwili okazało się, że pstrąg wyszedł, co wydało mi się rozwiązaniem stylowym, bo osadzonym w realiach badanej epoki.
Kończymy na tym naszą wycieczkę. Kapcie proszę zostawić w skrzyni przy wyjściu. Na koniec jedno pytanie: czy na pewno macie żal do tych, którzy 20 lat temu wyprowadzili nas z tego rezerwatu?
Karczma Słupska, ul. Gagarina 2, tel. 022 8414552, można płacić kartą, czynne od 11 do 22

Już przy samym wejściu dopada nas zapach obiadziny połączony z odorkiem lekkiego zmurszenia. Po prawej stronie natrafiamy na relikty szatni. Niegdyś urzędowała tu centralna postać każdego lokalu tamtej epoki - szatniarz pełniący również funkcję wykidajły. To on był panem głodu i pragnienia, to on decydował, czy klient uzyskiwał przywilej wstąpienia do sali konsumenckiej. Na ladzie szatni dostrzec można charakterystyczną gablotkę, której funkcja może być już nieczytelna dla młodszych gości. Eksponowano w niej papierosy, bo sprzedaż ich należała do świętych przywilejów szatniarza. Podobnie jak nielegalny obrót walutą zagraniczną oraz pośrednictwo w rozrywkach bardziej wyrafinowanych niż sznycel po parysku.
Gdy wkraczamy do sali głównej, zapach obiadziny nasila się, za to naszym oczom ukazują się cuda niebywałe i dawno niewidziane. Całą lewą stronę zajmuje ogromny i mroczny bar w formie wozu drabiniastego z hokerami skonstruowanymi ze starych chomąt, przy których bledną pomysły dzisiejszych designerów. Na środku spracowany taneczny parkiet w jodełkę oświetlony lampami naftowymi z wmontowanymi kolorowymi żarówkami. Pod sufitem obowiązkowo lustrzana, dancingowa kula. Po prawej, wzdłuż okien, rząd drewnianych lóż, z których w każdej mieści się stolik na cztery osoby. Ściany i meble pokryto malowidłami z ornamentami znanymi z kaszubskich haftów, zaś na niskim parapecie wiją się pędy zdziczałych roślin doniczkowych. Istny Gastronomic Park.
Gdy ochłoniemy już z zachwytu, zaglądamy do menu. Tylko ostrożnie! Spomiędzy kart jadłospisu nie wynurzy się pewnie T-rex, ale już co do innych, drobniejszych prehistorycznych jaszczurów nie byłbym taki pewien. Omijajcie zatem oładki słupskie (28 zł), czyli trzy ułożone na sobie placki ziemniaczane przełożone skwarkami z cebulką i skąpane w czerwonawym sosie o konsystencji tężejącego gipsu. W kategorii dawno wymarłych organizmów sytuuje się też wodnisty chłodnik (12 zł) oraz śledź po japońsku (13 zł), który bez pokrojonego w kostkę świeżego jabłka nie ma w ogóle sensu. Rozczarowuje polewka orzechowa (12 zł) - brunatna lura z małymi pulpecikami mięsnymi i kawałkami orzechów włoskich. Twarda i łykowata jest pieczeń staropolska (41 zł) w suszonych śliwkach, zaś towarzyszące jej smażone w głębokim tłuszczu pampuszki mogły usatysfakcjonować w tym zestawieniu tylko najbardziej radykalnych zwolenników trójglicerydów i cholesterolu typu LDL. I jeszcze na deser przerażająca gruszka pokryta kopą bitej śmietany ze spreju, która w ostatnich latach PRL-u uchodziła za dewizowy luksus. Pośród koszmarów archaicznej gastronomii znajdziemy jednak zjawiska wyjątkowo smaczne: kaczka pieczona z jabłkami (48 zł), potężna gicz cielęca oraz sandacz po polsku z wody (35 zł). Chciałem jeszcze spróbować polecanego przez kelnerkę pstrąga saute, ale po dłuższej chwili okazało się, że pstrąg wyszedł, co wydało mi się rozwiązaniem stylowym, bo osadzonym w realiach badanej epoki.
Kończymy na tym naszą wycieczkę. Kapcie proszę zostawić w skrzyni przy wyjściu. Na koniec jedno pytanie: czy na pewno macie żal do tych, którzy 20 lat temu wyprowadzili nas z tego rezerwatu?
Karczma Słupska, ul. Gagarina 2, tel. 022 8414552, można płacić kartą, czynne od 11 do 22



