kino, teatr, muzyka

Warszawa

Michel's Brasserie

Maciej Nowak
09.04.2010 , aktualizacja: 23.11.2010 14:28
A A A Drukuj
Śródmieście, Grzybowska 5a
Michel's Brasserie
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Michel's Brasserie
Ja wiem, że to głupi pomysł wybierać się do restauracji w pierwszy dzień po świętach wielkanocnych, gdy rodacy z trudem odreagowują kulinarnego kaca. Gdy zbiera się na mdłości na samą myśl o kaskadach majonezu, który grubą warstwą spowijał nasze biesiadne stoły. Gdy jeszcze leżą w lodówkach niedojedzone resztki pieczonych boczków, karkówek i indyków, których nie dało się rozdysponować między uciekających w popłochu wujków, ciocie, kuzynów, bliższych i dalszych przyjaciół. Gdy na kuchenkach czernieją ostatnie porcje bigosu i żurku, a w przepalonych blachach schną tony makowców, serników i mazurków. Gdy nasze śmietniki pęcznieją od ton wyrzuconego jedzenia będącego rytualną ofiarą polskich katolików z okazji minionej właśnie rocznicy Zmartwychwstania Pańskiego.

Mam tego wszystkiego świadomość, ale przecież do moich obowiązków należy napisanie cotygodniowego felietonu i do knajpy pójść muszę nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Nawet w dzień po Wielkanocy. I dlatego wybieram szyld, na który w moim odczuciu można liczyć zawsze, firmę cieszącą się dużym autorytetem i zbierającą entuzjastyczne opinie wśród zawodowców i publiczności. Pal sześć, że lokal pusty. Tym łatwiej docenić jego ascetyczny, wyrafinowany wystrój oraz widok rozciągający się za oknami. Niby jesteśmy na niecieszącym się dobrą sławą osiedlu Za Żelazną Bramą, pośród mało wdzięcznych bloków-szaf, ale pejzaż z Pałacem Kultury, synagogą Nożyków oraz hightechowym wieżowcem PZU jest oszałamiający. I tak symbolicznie warszawski. Zaczynam zamawiać dania i... ustom własnym nie wierzę... z każdym daniem narasta straszliwa konsternacja...

Parmentier, odgrywający rolę zupy dnia (19 zł) - wodnisty i bez smaku. Zupa z pieczonej papryki (19 zł) smaczna, ale obiecywanym przez menu kremem anyżowym nacieszyć się nie da, bo go nie ma. Jego miejsce zajmuje spieniona słodka śmietanka. Consomme z wołowiną (21 zł), chrupiącym makaronem naleśnikowym, warzywnym julienne i jajkiem w koszulce niby imponuje wyrafinowaną strukturą, natomiast przechodzi przez stół niezauważalnie. Gorzej jest z ceviche z tuńczyka (30 zł). Po pierwsze, wydaje mi się, że ceviche robi się wyłącznie z białych ryb morskich, ale nawet gdyby nie było to prawdą, to bezwzględnie nie należy do niego używać niedojrzałego awokado. Nawet pokrojone w drobną kostkę grozi połamaniem zębów. Jeśli chodzi o konsystencję, dużo bardziej spodobał nam się serek kozi zapiekany na plastrze gruszki (28 zł). To przejdzie przez usta nawet tym, którzy od lat kontestują wizyty u stomatologa. Przykrym rozczarowaniem okazały się ryby. Wszystkie pachniały przedświąteczną dostawą, co naprawdę nie powinno mieć miejsca w restauracji o takiej renomie. I znów sam sobie jestem winien, bo przecież kardynalna zasada zachowania życia w restauracji mówi, że po dniach wolnych zmiennocieplnych zamawiać nie wolno. Tu l'a voulu, Mathias Novaque!

Obroniły się tagliatelle z paskami kalmarów loligo i dużą ilością warzyw (38 zł). Jednak loligo to mrożony gastronomiczny półprodukt i na nim zawieść się raczej nie sposób. Wyjątkowo smaczne były żeberka w perfekcyjnym sosie barbecue (37 zł), ich kruche mięsko sprawnie odchodziło od kostek, a pieczony ziemniak, wypełniony znaną nam już spienioną śmietanką, dobrze z nimi harmonizował. Zupełnie żadnych wspomnień (no może poza ceną - 63 zł) nie pozostawiły dwa nieduże medaliony z polędwicy wołowej podane na plastrach ziemniaków i z dwoma sosami pieprzowymi - jasnym i ciemnym. A wybuch irytacji wywołał kurczak baby (41 zł), z którego na talerzu pozostały dwa nędzne, okropnie słone udka i jeszcze bardziej słona tarta z wątróbkami. Zresztą zawartość NaCl, zbliżająca się do nasycenia Morza Martwego, charakteryzowała cały posiłek. Dlaczego? A dlatego, że w naszych knajpach normą jest wcześniejsze przygotowywanie potraw, porcjowanie i zamrażanie. W chwili zamówienia kucharze sięgają do lodówek i wtedy nie zawsze mogą zapanować nad przesoleniem. Nienawidzę tej praktyki i przyznam, że w restauracji prowadzonej przez francuskiego szefa nienawidzę jej jeszcze bardziej. Michel Moran dobrze wie, dlaczego. Dlatego tej bolesnej rany nie ma co jątrzyć dalej.

Michel's Brasserie, ul. Grzybowska 5a, tel. 22 564 57 80, www.michels-brasserie.com, można płacić kartą, dostępne dla gości na wózkach



Podziel się