Chris Rea na Torwarze
2010-02-04
, aktualizacja: 04.02.2010 17:41
Jest autorem takich hitów jak "Josephine", "Road to Hell" czy "Fool (If You Think It?s Over)". Do Polski Brytyjczyk przyjeżdża w ramach trasy "Still So Far To Go" promującej składankowy album z największymi hitami.
Łukasz Kamiński: W swojej muzyce często odwołujesz się do bluesa, nie tylko stanowi on dla Ciebie źródło natchnienia, ale i sam nagrywasz, komponujesz muzykę w tym stylu.
Chris Rea: Jeśli rozpatrywać to pod kątem historii, to taka więź oczywiście istnieje. W popowych piosenkach lat 50. i 60 bardzo często wyraźnie słychać bluesa czy gospel, zarówno pod względem samej muzyki, jak i emocji czy nastroju. Dziś nic z tego niezwykłego klimatu już nic nie pozostało.
Dlaczego?
Są chyba dwa powody. Pierwszy, dość przygnębiający, czyli niesłychana dominacja popkultury, która masowo produkuje nie piękne piosenki, ale muzyczne odpowiedniki tanich hot dogów. Z drugiej strony jednak muzyka przeszła pewną ewolucję, mutację, z której wyłoniły się naprawdę dobre, interesujące zespoły, np. Radiohead.
A gdzie jest Twoje miejsce na współczesnej scenie muzycznej?
Nie wiem, nie czuję żadnej więzi z tym co słyszę wokół siebie.
To Twoja muzyka jest w takim razie jakimś schronieniem, kryjówką?
Zawsze była.
A jaki wpływ na Twoją muzykę miało Middlesbrough?
Sporym źródłem natchnienia, impulsem do działania była wielka potrzeba ucieczki z miasta, w którym brakuje pieniędzy, pogoda jest podła i nieustająco marzniesz. Wyobrażasz sobie, że dzięki muzyce możesz trafić do lepszego świata, choć oczywiście, jak się później okazuje nie zawsze Twoje marzenia i oczekiwania się spełniają.
Ale patrząc z perspektywy czasu odczuwasz jakiś sentyment do Middlesbrough?
To do czego mógłbym odczuwać sentyment już dawno nie istnieje. Gdy spotykam znajomych z lat młodości to w rozmowach z nimi słyszę tę romantyczną nostalgię. Podejrzewam jednak, że gdyby ten świat naszej młodości istniał do dziś, wcale nie wydawałby się nam taki romantyczny! A Ty skąd jesteś?
Z Warszawy, i muszę powiedzieć, że dla mnie to wciąż niesłychane romantyczne miejsce!
No to szczęściarz z ciebie, ale doskonale cię rozumiem. Moja córka, która na stałe mieszka we Florencji, jest tam nauczycielką, też jest zakochana w swoim mieście. Ja, a zdałem sobie z tego sprawę jakiś czas temu, jestem w ciągłym ruchu, każdą chwilę przeznaczam na działanie, teraz czekając na wywiad pisałem, komponowałem, pracowałem nad swoim kolejnym projektem.
A kiedy znajdujesz czas na wyhamowanie, na refleksję?
Między kolejnymi trasami.
A do Polski przyjeżdżasz w ramach trasy promującej zbiór przebojów "Still Got So Far to Go".
No tak, niektóre piosenki gramy zawsze, bo wytrzymały próbę czasu, brzmią dobrze niezależnie od okoliczności. Wiem, że podobają się fanom, a my czerpiemy przyjemność w graniu ich, ale za każdym razem w nieco innej wersji. Co ciekawe, zauważyłem, z każdą kolejną zmianą, kompozycje te coraz bardziej przybliżają się do bluesa, tego europejskiego. Za co zresztą obrywa mi się od dziennikarzy, tak europejskich, jak i amerykańskich.
Jak to?
Wielu z nich postanowiło zignorować fakt, że istnieje coś takiego jak europejski blues i drażni ich, kiedy im to przypominam. To puryści, a ja nie jestem, nigdy nie byłem ani grzecznym uczniem rocka, ani bluesa.
Chris Rea: Jeśli rozpatrywać to pod kątem historii, to taka więź oczywiście istnieje. W popowych piosenkach lat 50. i 60 bardzo często wyraźnie słychać bluesa czy gospel, zarówno pod względem samej muzyki, jak i emocji czy nastroju. Dziś nic z tego niezwykłego klimatu już nic nie pozostało.
Dlaczego?
Są chyba dwa powody. Pierwszy, dość przygnębiający, czyli niesłychana dominacja popkultury, która masowo produkuje nie piękne piosenki, ale muzyczne odpowiedniki tanich hot dogów. Z drugiej strony jednak muzyka przeszła pewną ewolucję, mutację, z której wyłoniły się naprawdę dobre, interesujące zespoły, np. Radiohead.
A gdzie jest Twoje miejsce na współczesnej scenie muzycznej?
Nie wiem, nie czuję żadnej więzi z tym co słyszę wokół siebie.
To Twoja muzyka jest w takim razie jakimś schronieniem, kryjówką?
Zawsze była.
A jaki wpływ na Twoją muzykę miało Middlesbrough?
Sporym źródłem natchnienia, impulsem do działania była wielka potrzeba ucieczki z miasta, w którym brakuje pieniędzy, pogoda jest podła i nieustająco marzniesz. Wyobrażasz sobie, że dzięki muzyce możesz trafić do lepszego świata, choć oczywiście, jak się później okazuje nie zawsze Twoje marzenia i oczekiwania się spełniają.
Ale patrząc z perspektywy czasu odczuwasz jakiś sentyment do Middlesbrough?
To do czego mógłbym odczuwać sentyment już dawno nie istnieje. Gdy spotykam znajomych z lat młodości to w rozmowach z nimi słyszę tę romantyczną nostalgię. Podejrzewam jednak, że gdyby ten świat naszej młodości istniał do dziś, wcale nie wydawałby się nam taki romantyczny! A Ty skąd jesteś?
Z Warszawy, i muszę powiedzieć, że dla mnie to wciąż niesłychane romantyczne miejsce!
No to szczęściarz z ciebie, ale doskonale cię rozumiem. Moja córka, która na stałe mieszka we Florencji, jest tam nauczycielką, też jest zakochana w swoim mieście. Ja, a zdałem sobie z tego sprawę jakiś czas temu, jestem w ciągłym ruchu, każdą chwilę przeznaczam na działanie, teraz czekając na wywiad pisałem, komponowałem, pracowałem nad swoim kolejnym projektem.
A kiedy znajdujesz czas na wyhamowanie, na refleksję?
Między kolejnymi trasami.
A do Polski przyjeżdżasz w ramach trasy promującej zbiór przebojów "Still Got So Far to Go".
No tak, niektóre piosenki gramy zawsze, bo wytrzymały próbę czasu, brzmią dobrze niezależnie od okoliczności. Wiem, że podobają się fanom, a my czerpiemy przyjemność w graniu ich, ale za każdym razem w nieco innej wersji. Co ciekawe, zauważyłem, z każdą kolejną zmianą, kompozycje te coraz bardziej przybliżają się do bluesa, tego europejskiego. Za co zresztą obrywa mi się od dziennikarzy, tak europejskich, jak i amerykańskich.
Jak to?
Wielu z nich postanowiło zignorować fakt, że istnieje coś takiego jak europejski blues i drażni ich, kiedy im to przypominam. To puryści, a ja nie jestem, nigdy nie byłem ani grzecznym uczniem rocka, ani bluesa.
Zabawne, biorąc pod uwagę że określenia grzeczny i rock, jakoś do siebie nie pasują.
Dla mnie rock oznacza pełną swobodę, otwarcie, poszukiwanie. Oni natomiast traktują muzykę, jak prawicowcy politykę.
Wracając do przebojów, czy wydanie albumu The Best Of... jest dla Ciebie jakimś punktem granicznym, podsumowaniem?
Teraz nie bardzo. Natomiast przy wydaniu takiej płyty w 1995 r. owszem, mieliśmy poczucie jakiejś klamry. Zamknięcia pewnego rozdziału i otwarcia nowego. Ta płyta ukazała się raczej z potrzeby firmy płytowej, która przeżywa cięższe chwile, a z badań wynika, że nasi fani chętniej kupią prawdziwy album, niż ściągną go sobie w kawałkach z internetu.
Czyli też uważasz, że płyta jest całością, dziełem pełnym, którego nie powinno się rozbijać na mniejsze części?
Oczywiście! Marzy mi się powrót do czasów winylu, nie tylko do jego charakterystycznego brzmienia, ale do ograniczeń, które narzucał, np. czasowych. "Kind of Blue" Milesa Davisa nie byłoby tak genialne, gdyby trwało półtorej godziny. On miał do dyspozycji po osiemnaście minut na jedną stronę płyty! Poza tym w tamtych czasach nie było technologii, która pozwalałaby ci w nieskończoność dłubać w nagraniach, poprawiać je. Najczęściej muzycy wchodzili do studia i nagrywali. Tak powstawały prawdziwe skarby współczesnej muzyki!
Dla mnie rock oznacza pełną swobodę, otwarcie, poszukiwanie. Oni natomiast traktują muzykę, jak prawicowcy politykę.
Wracając do przebojów, czy wydanie albumu The Best Of... jest dla Ciebie jakimś punktem granicznym, podsumowaniem?
Teraz nie bardzo. Natomiast przy wydaniu takiej płyty w 1995 r. owszem, mieliśmy poczucie jakiejś klamry. Zamknięcia pewnego rozdziału i otwarcia nowego. Ta płyta ukazała się raczej z potrzeby firmy płytowej, która przeżywa cięższe chwile, a z badań wynika, że nasi fani chętniej kupią prawdziwy album, niż ściągną go sobie w kawałkach z internetu.
Czyli też uważasz, że płyta jest całością, dziełem pełnym, którego nie powinno się rozbijać na mniejsze części?
Oczywiście! Marzy mi się powrót do czasów winylu, nie tylko do jego charakterystycznego brzmienia, ale do ograniczeń, które narzucał, np. czasowych. "Kind of Blue" Milesa Davisa nie byłoby tak genialne, gdyby trwało półtorej godziny. On miał do dyspozycji po osiemnaście minut na jedną stronę płyty! Poza tym w tamtych czasach nie było technologii, która pozwalałaby ci w nieskończoność dłubać w nagraniach, poprawiać je. Najczęściej muzycy wchodzili do studia i nagrywali. Tak powstawały prawdziwe skarby współczesnej muzyki!
Chris Rea wystąpi we wtorek, 16 lutego na Torwarze, ul. Łazienkowska 6a. Początek koncertu o godz. 20. Bilety od 76 zł. do 264 zł.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Warszawskie knajpy dla rowerzystów. "Są naprawdę cool"
- Nasz Piknik Kulturalny w Królikarni
- Buraczane, koperkowe, a może piwne. Lodziarnia Limoni
- Otwarcie nowego Muzeum Narodowego - ZOBACZ!
- Wysyp kulturalnych imprez w ten weekend
- Gdzie w Warszawie na smaczne śniadanie? Polecamy lokale
- Kościół też świętuje Euro. Kardynał strzeli gola
- Wysyp kulturalnych imprez w ten weekend
- Noc Muzeów - najdłuższa kulturalna noc
- Zobacz 10 największych hitów sobotniej "Nocy Muzeów"
- Otwarcie nowego Muzeum Narodowego - ZOBACZ!
- Buraczane, koperkowe, a może piwne. Lodziarnia Limoni
- Kup sobie Chłodną 25
- Gdzie w Warszawie na smaczne śniadanie? Polecamy lokale




