kino, teatr, muzyka

Zielona Góra

Historia kresowiaków: To nie byli repatrianci

Artur Łukasiewicz
2011-06-30 , aktualizacja: 30.06.2011 10:51
A A A Drukuj
Wygnani z Kresów traktowali zachód jak obóz przesiedleńczy. Czy ktoś myśli w tej sytuacji o zapuszczaniu tu korzeni? - mówi Mirosław Maciorowski, autor książki "Sami swoi i obcy"
Repatriant z kresów wschodnich. Zdjęcie pochodzi z książki
Repatriant z kresów wschodnich. Zdjęcie pochodzi z książki "Sami swoi i obcy"
Jesień 1945 r. Danusia Jasińska z mamą i dwoma braćmi od kilku miesięcy jest w Nowej Soli. Dotarli tu z Wilna. Ciężko im. Mama robi, co może, by utrzymać gromadkę. Pewnego dnia mały Henio wychyla się z okna z pierwszego piętra i wypada. Opieka społeczna zabiera jej dzieci do sierocińców. Danusią opiekują się zakonnice pod Jelenią Górą. Ale nazywa się już Iza Sarecka. Urzędnicy wpisali jej nowe nazwisko, warszawskie miejsce urodzenia. Taki biurokratyczny zwyczaj - dla ułatwienia sierotom daje się nowe personalia z przydziału. Matka Jasińska szuka dzieci, odzyskuje Bronka i Heńka. O córeczce usłyszy w domu dziecka w Kożuchowie, że zmarła. Nie wiadomo, dlaczego ją okłamano.

Danusia prawdy dowie się prawie 50 lat później. Tylko dlatego, że jej brat Bronek zobaczył ją w Polsacie w programie "Zerwane więzi". Zaprosił Danusię do Nowej Soli.

Przesiedleńczą historię z Nowej Soli opisał Mirosław Maciorowski w swojej książce "Sami swoi i obcy. Z Kresów na Kresy". Autor, dziennikarz "Gazety Wyborczej" we Wrocławiu, ma 48 lat. Jest potomkiem Polaków wypędzonych spod Tarnopola. - W klimacie opowieści i obyczajów z Kresów żyłem od dzieciństwa. Wiedziałem, że wielkanocną święconkę święci się, klęcząc. Dziś stoimy, a ksiądz kropi - opowiadał czytelnikom w zielonogórskiej Piekarni Cicha Kobieta.

W książce do reportaży o wysiedleńcach dołączono wspomnienia Kresowiaków. To są bardziej opowieści o nowym początku na tzw. Ziemiach Odzyskanych, niż o starym końcu na Podolu, Wołyniu, Galicji czy Grodzieńszczyźnie.

Wśród nich są teksty o Zielonej Górze - Jadwigi Korcz-Dziadosz i Bronisławy Bartosz. Wspomnienia opatrzono dziesiątkami zdjęć. One są publikowane po raz pierwszy, ale na ludziach o kresowych korzeniach sprawiają wrażenie bardzo znanych. Podobne są w tysiącach domowych albumów rodzinnych.

Brakowało jedynie Apaczów

To miała być zupełnie inna książka. - Mirek chciał napisać story o "barbarzyńcach", którzy przyjechali na ziemie zachodnie i doprowadzili je do ruiny - mówił naczelny wrocławskiej "Gazety" Jerzy Sawka. - Ale w miarę jak rósł materiał, teza się zmieniła.

Jak oceniać przesiedleńczą epopeję, która dotknęła ok. 1,5 mln osób z Kresów? W byłym woj. zielonogórskim Kresowiacy to nieco ponad 40 proc. wszystkich mieszkańców. Według socjologów, m.in. prof. Zdzisława Macha z Uniwersytetu Jagiellońskiego, próba urządzenia wygnanym nowej ojczyzny przy ich akceptacji skończyła się niepowodzeniem. Na pewno dla dwóch pierwszych pokoleń. Dopiero trzecie, to Maciorowskiego, "otworzyło walizki". Poczuło, że jest stąd. - Wygnani traktowali zachód jak obóz przesiedleńczy. Czy ktoś myśli w tej sytuacji o zapuszczaniu tu korzeni? - pyta Maciorowski.

W oficjalnym przekazie pokazywano kresy zachodnie w aurze pionierskości. Niczym na Dzikim Zachodzie, farmerzy wędrowali wozami w poszukiwaniu nowego miejsca do życia. Brakowało jedynie Apaczów - w tej roli występowały niedobitki niemieckiej armii i szabrownicy, a potem rewanżyści z Bonn. Ten ton nadawała także kinematografia m.in. w "Prawo i pięść" czy komedia "Sami swoi".

Kresowiaków komunistyczna propaganda nazywała repatriantami. Fałszywe określenie przylgnęło do nich na dziesięciolecia. Dopiero dziś mówi się o wygnanych i wypędzonych. Repatriacja oznacza powrót z niewoli lub wygnania do ojczyzny. A przecież nikt dobrowolnie z Kresów nie wyjeżdżał. Nie wsiadał chętnie do towarowych wagonów. Według socjologów, by migracja ludności była udana i zaakceptowana, musi być spełnionych kilka warunków: dobrowolne osiedlenie, pozytywny stosunek do nowych ziem, możliwość pielęgnowania starych obyczajów i religii, szanowania ziemi jako własnej, poczucie trwałości politycznej i społecznej, czyli symbolicznego "rozpakowania walizek". - Żaden z tych warunków nie został spełniony. Nie pojawili się tu zgodnie własną wolą. Przywiązanie do Kresów na wschodzie było wyjątkowo silne, wręcz nabożne. Dawne obyczaje były niezmiernie ważne. Kobiety z Podola chodziły w charakterystycznych chustach. Mężatki wiązały je inaczej niż panny. Nierzadko, gdy kobieta chciała pozbyć się chustki, piętnowano ją - opowiada Maciorowski.

W niemieckim polu

Czesław Osękowski, historyk i rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego, pochodzi z rodziny przesiedleńców. Ojciec był gajowym. Zamieszkali na wsi pod Gubinem. - Dojrzewałem wśród niemieckich mebli. Tę obecność dawnych mieszkańców się czuło. Z drugiej strony była atmosfera życia przesiedlonych. Nie tylko trauma, ale i wesela, opowieści ze wschodnim zaśpiewem, różne uroczystości. Kresowiacy wyróżniali się na tle innych napływowych. Ludzie z centralnej Polski, Podkarpacia czy z Kielecczyzny czuli się lepiej. Dla nich to był awans społeczny, często zawodowy. Natomiast według mnie nie ma jednego wzorca przesiedlonego Kresowiaka. Nie można powiedzieć, że był jedynie dewastatorem bogatych ziem. Potrafił organizować życie na nowo. Nie miał wpływu na niszczenie pałaców przez Rosjan. One przetrwały tam, gdzie PGR-y - wspomina Osękowski.

Kresowa rodzina Czesława Fiedorowicza, byłego burmistrza Gubina, też osiedliła się nad Nysą Łużycką, m.in. w Gębicach, dawnych włościach rodu Schonaichów. - Jeżeli my, zgodnie z własnymi sumieniami, odświeżamy dawne Kresy, Niemcy robią to samo. To po prostu nas łączy w jakiś sposób. O tym trzeba mówić, pisać, nie stawiać problemu po "steinbachowsku". Latem do Gębic przyjedzie dawna właścicielka pałacu. Chce zobaczyć miejsce znane z dzieciństwa. Nie przyjdzie jej do głowy, by tu wracać. Porządkuje w duszy swoje życie. Nasi dziadkowie i rodzice, których wygnano spod Buczacza, też tak robią - mówi Fiedorowicz.

"Sami swoi i obcy"

Cykl historycznych reportaży o powojennym exodusie Polaków i Ukraińców z Kresów, zilustrowany niepublikowanymi dotąd zdjęciami z prywatnych archiwów. Książkę wydała Agora. Jej autorem jest dziennikarz wrocławskiej redakcji "Gazety Wyborczej".

Podziel się

  • Historia kresowiaków: To nie byli repatrianci lizun9 30.06.11, 14:05

    Historia kresowiaków: To nie byli wypędzeni. Książki nie czytałem, ale mam wrażenie że reklamuje się ją używając stereotypów i dość niebezpiecznych uogólnień. Ja sobie nie przypominam, żeby »

  • Historia kresowiaków: To nie byli repatrianci wojciechjanica 13.03.12, 09:39

    Urodziłem się niedługo po wojnie i sporo z klimatów tamtych lat pamiętam. W mojej wiosce osiedlili się ludzie z Kresów, mieszkańcy z Kieleckiego i Wielkopolanie. Każda z tych grup miała »